Prasa o nas

Przypadek Zdroju Jana, czyli o krzyżowaniu zaskrońca z nutrią za późnego Gomułki Mariusz Gradowski 12.10.2013       // Czytelnia // Muzyka // Czarny to humor, ale miejsce Zdroju Jana w historii muzyki jest na swój sposób zabawne. Nawet nie chodzi o to, że jeden z najciekawszych polskich zespołów rockowych w zasadzie nie zapisał się w historii fonografii, nie nagrał „czwórki” ani singla (o płycie długogrającej nie wspominając), a pozostała po nim jedynie garść nagrań radiowych i krótkometrażowy film animowany. Ostatecznie taki los podzieliło wiele polskich grup, wśród nich nieco łagod­niej doświadczane (wydane małe płyty, a ostatnio także retrospekcyjne longplaye) zespoły Romuald i Roman, Pakt czy Stress. Cały dowcip polega na tym, że ci koryfeusze wysublimowanego rocka właściwie nie byli zespołem rockowym: zaczynali jako kabaret, a ostatecznie funkcjonowali w niebywały w polskim rocku sposób. Ni to zespół, ni to grupa artystyczna, ni to parateatr: Zdrój Jana był na przełomie lat 60. i 70. zjawiskiem zupełnie nispotykanym. Takim też pozostaje po 40 latach a jednym z elementów, które decydują o jego unikalności i wyznaczają mu ważne miejsce w historii polskiej muzyki rozrywkowej jest niebagatelna lekkość, inteligentny humor i błyskotliwy dowcip. „Gdy pierwszy raz słuchałem Zdroju Jana w jego naturalnym środowisku, kojarzyło mi się to z zamkniętym za niesubordynację w M-​2 Who, którzy na przekór ADM-​owi wpuścili przez gulik Jeffa Becka, dwóch Keithów Em­mersonów, cześć ekipy Franka Zappy i nieco zacnego folku typu Peter, Paul and Mary” – wspomina w artykule Był Zdrój Andrzej Keyha. Sami członkowie grupy w swoim manifeście przyznawali: „Poszukujemy muzycznych wartości w tym, co pozornie brzydkie i prowokujące (…) Fascynuje nas gra i osobowość takich artystów jak Bob Dylan i Rolling Stones, staramy się jednak w miarę możliwości unikać bezpośredniego wpływu. (…) W naszych utworach pierwotna jest strona literacka, dla której szukamy następnie adekwatnej w naszym przekonaniu formy muzycznej”. W 1966, roku debiutu Zdroju Jana, równie ambitnych inspiracji w polskim rocku właściwie nie widać. Co więcej polski rock, którego 50-​lecie obchodziliśmy (niezbyt hucznie) w zeszłym roku, w 1966 był w zasadzie wciąż mało rockowy. W tym czasie jedynie longplay Polan, beatlesowskie inspiracje Czerwonych Gitar, nagrania warszawskich Chochołów i Dzikusów, a także (po trosze) Blackout zdradzały ambitniejsze, nieco ostrzejsze oblicze. Zdrój Jana poszedł jednak znacznie dalej: odwołując się do Stonesów i Dylana, a z czasem także do Vanilla Fudge, Mothers of Invention i Pink Floyd, zaproponował – do pewnego stopnia niezależnie od wpływów z Zachodu – nowoczesną formułę: tworzyć na pograniczu sztuk, wykorzystać performance, kabaret, teatr, poezję, muzykę różnej proweniencji, rozszerzyć skład, improwizować. W kontekście polskiej muzyki rozrywkowej tamtych czasów – to rzecz absolutnie wyjątkowa. To wyczucie kierunku rozwoju muzyki rockowej przez zespół Jacka Uklei i Ryszarda Antoniszczaka nie powinno dziwić. Członkowie Zdroju Jana to po pierwsze studenci, po drugie – studenci Akademii Sztuk Pięknych i Akademii Muzycznej. To dwie zasadnicze różnice między krakowskim zespołem a znakomitą większością polskich grup tam­tych czasów. Podczas gdy na Zachodzie (szczególnie w Anglii, ale także w Stanach Zjednoczonych) szkoły wyższe i licea artystyczne były naturalną kolebką wielu zespołów (The Rolling Stones, Pink Floyd, The Doors), tak w Polsce – był to ewenement. W szczególności władze szkół muzycznych przeszkadzały w karierze muzyka rockowego. W książce To właśnie my członkowie Czerwonych Gitar opisują perypetie Jerzego Skrzypczyka i Seweryna Krajew­skiego, którzy musieli ukrywać się pod pseudonimami, uciekać z koncertów zespołu czy też chować się w przy­gotowanych schowkach, by grono pedagogiczne nie dowiedziało się o ich rozrywkowym poniżeniu. Dodatkowo, mimo tego, że większość zespołów miała amatorski lub pół-​amatorski charakter, działalność muzyczna wymagała sformalizowania i wejścia w realia ówczesnego przemysłu muzycznego: prowadzenie działalności zespołu przy instytucji (przy lokalnej Estradzie, przy kopalni, domu kultury), posiadanie kierownika muzycznego i kierownika artystycznego, płacenie daniny w postaci grania podczas oficjalnych akademii i uroczystości państwowych. Zdrój Jana takich ograniczeń nie miał. Powstał jako studencki kabaret przy uczelni artystycz­nej, co pozwoliło mu na znacznie więcej swobody niż innym zespołom tamtych czasów. Forma kabaretu umożliwia łączenie muzyki i wizualizacji, scenografii, świateł, slajdów, ani­macji, efektów brzmieniowych. Usprawiedliwiała też niecodzienną instrumentację – ekspo­nującą barwny wymiar muzyki Zdroju Jana: podwójny zestaw perkusyjny, fortepian, lutnia, gitara akustyczna, skrzypce, organy, okaryna, gitara elektryczna. Na scenie podczas wystę­pów Zdroju Jana (nazywanych Kolejnymi Pierwszymi Programami Estradowymi) pojawiali się tancerze, kuglarze, rowerzyści; sami muzycy pojawiali się w białych kitlach, które potęgowały efekt strobosko­powy, współgrały z pokazami slajdów i animacji. W rezultacie powstała muzyka o niezwykłej jak na tamte czasy barwności, błyskotliwości i inteligencji, wykonywana dowcipnie i z biglem. Z ośmiu zachowanych w nagraniach radiowych piosenek Zdroju Jana Ballada o Nutriońcach jest utworem, który najlepiej pokazuje fenomen zespołu. Tekstu tej piosenki właściwie nie można zestawić z niczym, co pojawiło się w tamtych czasach w repertuarze zespołów młodzieżowych. O ile warsztat muzyczny ok. 1965 był gotowy na przejście od rock and rolla i twista do bardziej złożonych form muzyki rockowej, o tyle teksty wciąż cechowała ta charakterystyczna naiwność, która dziś nierzadko wzbudza u słuchaczy uśmiech zakłopotania. (Na marginesie: ukazało się ostatnio kilka płyt prezentujących nagrania mniej znanych zespołów z lat 60. i są to prawdziwe od­krycia pokazujące mniej pokorne i uładzone – zarówno pod względem muzycznym, jak i tekstowym – oblicze zespołów tamtych czasów, np. Palcie tylko sporty Kawalerów czy Niewinny złodziej grupy Chochoły.) Polska muzyka była jeszcze na swój sposób niedojrzała, nie miała świadomości siły, jaką niesie ze sobą, nie miała w sobie buntu, niepokorności, nie niosła kluczowej w zasadzie dla rocka idei wolności. Rockową maturę zda dopiero około roku 1970, kiedy to pojawią się płyty zespołów, których dojrzałości podważyć nie sposób (Klan, Dżamble, Breakout, Nie­men Enigmatic czy Anawa). A tymczasem Zdrój Jana dużo wcześniej grał i śpiewał tak, jakby świadomie wszedł w jeszcze dalszą fazę – fazę przewartościowania rockowego etosu, korzystania z pastiszu, parodii, fazę odejścia od zbyt poważnego traktowania muzyki rockowej. Krakowska grupa śmiało stąpała (intuicyjnie? świadomie?) ścieżką, którą podążało – przy zachowaniu pewnych proporcji – Mothers of Invention Franka Zappy. Esencją stylu charakterystycznego dla Zdroju Jana jest Ballada o Nutriońcach (nagrana podczas radiowej sesji w 1971 r.). Jej tekst brzmi następująco: „Zanim Płynny Owoc został poetą prowadził w okolicach Krotoszyna hodowlę nutrii sztywnowłosych a wolne chwile kiedy miał jej dosyć korespondencją sobie umilał. Nutrie krzyżował z zaskrońcami. Korespondencję – z niejaką Poliwisą, (Ubezpieniówną z Grzydłowka). Aż raz z pocztowego schowka Powiało nań korespondencyjną ciszą! Cios to był nad ciosy dlań! Tym bardziej, że czekał na eksperymentów koniec, kiedy to według ścisłych obliczeń ukazać miał hodowcy swe oblicze piękny, puszysty i lśniący nutrioniec. Otóż nutrioniec wyprzeć miał noszony kołnierz ze zwierząt, które trza ubijać. Miał być po prostu żywą futrią, która przez skrzyżowanie zaskrońca z nutrią sama się dookoła szyi owi, owi, owi, owi, owija. A Owek (mówmy mu zdrobniale) popadł w rozpacz na przełaj złamany szkaradnie i nutrii hodowlę zaniedbał, więc po obejściu zaczęły szwendać, z miejsca krzyżując się z czym popadnie. I tak niektóre z nich się skrzyżowały ze szlauchem porzuconym na klepisku z miękkiej a [sic] inne znowu dla odmiany dalejże się krzyżować ze żmijami co w zwykłych [?] fundamentach na tynki i szlaugońce to strasznie lały, a znów te żmitrie tylko w koło chodziły i jadziły jak jadowite a kiedy weślę [?] skrzyżowały przy tem to te żmitriońce i lały i jadziły. Co widząc nasz nieszczęsny Owoc Płynny porzucił niebezpieczną okolicę o Polissie myśląc uparcie. Od tego czasu z poezją się szarpie chcąc choć trochę poluźnić żalu stryczek.” Tekst Ballady to prawdziwy majstersztyk. Bardzo ciekawe jest też jego muzyczne potraktowanie, którego siłę wi­dać już w pierwszym wersie. Trocheiczny rytm we frazie Zanim Płynny Owoc (/-/-/-) został rytmicznie rozbity na dwie ósemki i nieparzystą kaskadę szesnastek – Za-nim py-ły-ny-ny o-woc. Z jednej strony zapewniło to mocne rytmiczne otwarcie utworu, z drugiej strony – dowcipne wydobycie zająknięcia spółgłosek działa jak mrugnięcie okiem, tworzy na wstępie kontekst interpretacyjny dla całego utworu. (Swoją drogą – „Płynny Owoc” jako imię głównego bohatera? Co najmniej niecodzienne!). Muzycznych mrugnięć okiem jest w Balladzie o Nutriońcach więcej, tworzą one złożony żart: nie tylko tekst jest zabawny, zabawna jest też jego interpretacja. Pojawia się więc łkające na głosce „y” akcentowanie miejsca akcji, jakim jest Krotoszyn (egzystujący skądinąd w poezji przeważnie w humorystycznym kontekście, u Brzechwy na przykład). Linia melodyczna wydobywa nieoczywiste lecz wy­raźne konsonanse brzmieniowe (uparcie – szarpie; obliczeń – oblicze; okolicę – stryczek), które zastępują dokładne rymy, a jednocześnie pomagają zachować spójność brzmieniową tekst i podkreślają jego melodyjność. W lekturze może ujść to uwadze czytelnika, ale w interpretacji Zdroju Jana staje się dla słuchacza subtelnym acz wyrazistym środkiem wzmacniającym formalną spójność tekstu. Muzyczne opracowanie wydobywa także inne językowe zabawy – neologizmy (nutriońce, futria, żmitriońce), zabawne konstrukcje (np. elipsa nutrie krzyżował z zaskrońca­mi //Korespondencję [krzyżował] z niejaką Poliwissą), surrealistyczną narrację, czarny humor (poluźnić żalu stryczek). Również forma muzyczna (AABCA’DA’’ – daleka od piosenkowej formy zwrotka-​refren) wydobywa dowcip Ballady. Niuansowane muzycznie części A spajają narrację (wyrazisty rytm perkusji, riff gitary basowej, barwne plamy gita­ry elektrycznej i skrzypiec), części BC i D – podkreślają jej dramatyczne zwroty: B – cios braku korespondencji (skan­dowanie, marszowy rytm), C – sekret krotoszyńskiego eksperymentu (minorowe akordy, dramatyczna ekspresja) oraz D – istne pandemonium promiskuitywizmu na farmie, gdzie krzyżuje się wszystko ze wszystkim (szalone tempo w duchu country and western). Największą zaletą Ballady o Nutriońcach jest to, że nie mamy do czynienia z satyryczną piosenką obliczoną na rozbawienie publiczności. Jest to natomiast surrealistyczny pastisz, błyskotliwa parodia i inteligentna zabawa z odbiorcą, w wyniku której nie pojawia się gromki śmiech, a uśmiech wspólnej zabawy, uśmiech zrozumienia dowcipu. Taka była zresztą strategia działalności Zdroju Jana, takie było ich poczucie humoru. Wymagało od słu­chacza zaangażowania i wejścia w świat przedstawiony w piosence. W Anuncjacie na przykład mamy ponownie do czynienia z historią miłosną à rebours, w której surrealistyczna siermiężność bliska tej realnej, gomułkowskiej (jadłodajnia objazdowa, targi skoroszytów) łączy się z poetycką nadwrażliwością bohatera traktowaną ciepło, acz ironicznie: „Gdy zobaczyłem Panią po raz pierwszy W jadłodajni objazdowej To zapomniałem na czas wysiąść Gdy odjeżdżała w dalszą drogę A gdy ujrzałem Panią drugi raz na targach skoroszytów, to przytłoczony naręczem Pani kras przełknąłem mą oporną grdykę zachwytu. I teraz nie jem nie piszę i nie śpię (a jeżeli to budzę się wcześniej) i patrząc w sufit z dość pokaźną szramą cieszę się że jutro znowu ujrzę Panią. A gdy zobaczę Panią jutro znów nie bacząc na znaczny dojazd znów się za Panią ciągać pocznę bo taka to już widać sromota moja.” Ironia i delikatny humor są tu na najwyższym poziomie. Domorosły poeta przytłoczony naręczem kras (!) wybranki nie śpi (no, a jeżeli już śpi, to budzi się wcześniej) –znakomity obraz. „Przełknąć oporną grdy­kę zachwytu” – znakomita metafora. „Sromota moja” – co za pointa! Powtórzę jeszcze raz: takich tekstów pod koniec lat 60. w polskim rocku się nie pisało i na dobrą sprawę dopiero lata 80. z Lechem Janerką i lata 90. ze Świetlikami przynoszą ten rodzaj wrażliwości na słowo, które Zdrój Jana pokazał w Balladzie o Nutriońcach i Anuncjacie, a także w Bioprądach, Pieśni telefonicznej czy w Kiedy będę żałował. Zdrój Jana jest zespołem wyjątkowym i mimo tak skromnego dorobku fonograficznego ma zapew­nione miejsce w historii polskiej muzyki rozrywkowej. Jako pierwszy pokazał, że polski rock nie musi być ani naiwny, ani lekki, łatwy i przyjemy, ani nazbyt ambitny, ani walczący – że może być po prostu formą dobrej, inteligentnej i niegłupiej zabawy. I być może – paradoksalnie! – właśnie dlatego nie zrobił wielkiej kariery. Po pierwsze działał w czasach, w których przejście od działania amatorskiego (czy też pół-​amatorskiego) do grania zawodowego było szalenie trudne. Bardzo wiele zespołów z tego właśnie powodu zakończyło działalność. Dopóki starczało sił, zapału i czasu – można było grać za symboliczne wynagrodzenie. Z czasem – to przestawało wystarczać. Wraz z końcem studenckiego życia skończyła się szalona przygoda Zdroju Jana. Być może gdyby Jacek Ukleja, Ryszard Antoniszczak i koledzy grali inną muzykę, ich losy potoczyłyby się inaczej? Kariery wielu pionierów polskiego rocka, którzy w gro­teskowej sytuacji polskiego przemysłu muzycznego (ogromna dysproporcja między popularnością a zarobkami, monopolizacja rynku, problemy z wydaniem płyty, skostniała instytucjonalizacja) zostali zmuszeni do szukania pracy w restauracjach, salach balowych czy statkach oceanicznych, pokazują, że wcale nie musiało być lepiej. Jednak faktem jest, że psychodeliczna muzyka Zdroju Jana była szcze­gólnie niemiła kulturalnym decydentom. Embargo radiowe, telewizyjne i płytowe dotknęło przecież i korzystający z folk-​rockowych brzmień Pakt, i jawnie odwołujący się do ambitnej psychodelii zespół Romuald i Roman, i – przede wszystkim – awangardowy Zdrój Jana. Całe szczęście jednak, że nagrania tych zespołów się zachowały: dziś widać wyraźnie, jak wiele ciekawe­go działo się w muzycznym podziemiu PRL-​u i jak wiele dobrej muzyki mogłoby powstać, gdyby zespo­ły te korzystały z mechanizmów wolnego przemysłu muzycznego! I mam jeszcze nadzieję, że okaże się kiedyś, iż w zakamarkach fonotek przetrwały archiwalne nagrania Ballady o Jesiennym Słupołazie Józefie Gławbondzu, Słońca za Hutą Żyletek czy Ulicy Bezalkoholowej – genialne tytuły zaginionych piosenek Zdroju Jana obiecują chwile nie mniej ciekawe niż przygoda z nutriońcami. Wszystkich bibliotekarzy i fonotekarzy zachęcam do nieustawicznych poszukiwań. Szczególnie w okolicach Krotoszyna. Artykuł ukazał się w piśmie kulturalnym „Fragile” nr 2 (8) 2010. Mariusz Gradowski - muzykolog i antropolog kultury, asystent w Instytucie Muzykologii UW. Wywiad Leszka Gnoińskiego z  Jackiem Ukleją - kwiecień 2011

http://eramusicgarden.pl/opinie,3380,wywiad_ludzie_przyjmowali_komunie_rock_and_rolla.html

WYWIAD: Ludzie przyjmowali komunię rock and rolla

14.04.2011
"Żyjemy w czasach manieryzmu" - twierdzi Jacek Ukleja z legendarnego Zdroju Jana. Każde spotkanie z tym niezwykłym muzykiem, scenografem, erudytą jest jak powrót do przeszłości, a barwne opowieści o dawnych latach przeplatają się z niezwykle trafną oceną współczesności. fot. archiwum zespołu Wydany właśnie album "cd" to debiut po ponad 40 latach. Nie ma pan niedosytu, że nie było tej płyty wcześniej? Nie mam. Kto wie, czy wcześniej zrobilibyśmy to tak, jak teraz. Może tęsknoty, które narastają w ludziach, jak się wreszcie uzewnętrznią, mają większą siłę? Czy to nie jest przypadkiem rekord świata? Możliwe. Ale wie pan, my nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, że to było oczekiwanie, bo ciężko pracowaliśmy na różnych polach, nosząc w głowie utwory, wówczas przeważnie te z naszego Pierwszego Programu, czekając na stosowny moment. Chcieliśmy nagrać je, już kiedyś nieciekawie zarejestrowane, z właściwym im wykopem. Takie repliki autorskie. Ale wciąż nie mieliśmy warunków, okoliczności życiowe też nie sprzyjały. Na początku lat 70. nie znaleźliśmy chętnych ludzi, którzy mogliby pójść nam na rękę i z nami współpracować przy nagraniach. Takich, którzy wysłuchaliby naszych życzeń i spróbowali do tego dopasować technikę. Nie było ludzi otwartych na eksperymenty w tych miejscach, w których ewentualnie moglibyśmy nagrywać. Potem część z nas wyjechała za granicę, musieliśmy też zarabiać, by nie wylecieć z mieszkania i nie znaleźć się pod mostem. Pod koniec lat 80. przymierzaliśmy się do nagrań, wtedy już raczej utworów z naszego Drugiego Programu i nowszych, ale nagle zmarł Jurek Wójcik [gitarzysta Zdroju Jana – przyp. aut.]. To był dla nas cios nad ciosy i nie wiedzieliśmy, czy jeszcze kiedyś się pozbieramy, bo byliśmy do siebie bardzo przyzwyczajeni. Dopiero kilka lat temu spotkaliśmy Grega Jędrzejowskiego, który zastąpił nam Jurka. Poznaliśmy też Wojcka Czerna z Obuh Records, który nie bał się eksperymentów i wreszcie mogliśmy nagrać "cd". fot. archiwum zespołu Są dwie szkoły. Pierwsza mówi, żeby czekać na lepsze czasy. Druga, że chwila jest ważna, bo każda wyjątkowa i niepowtarzalna. Warto było czekać? Lepiej. Płyta jest trwałym świadectwem, dowodem. Jakbyśmy nagrali coś wcześniej, z czego nie bylibyśmy zadowoleni, każdy miałby prawo nam powiedzieć, że jesteśmy beznadziejni. Ja tego nie chciałem i dobrze zrobiłem. Nie chciałem, żebyśmy się zapisali w historii jako zespół bez jaj. Bo co nam wtedy, w latach 70., zafundowaliby fachowcy od nagrań? Pioseneczkowy miks z nieszkodliwym akompaniamencikiem? Wolałem poczekać, aż będziemy decydować o kształcie naszej muzyki. I w jakimś sensie się to udało. Nigdy nie jest za późno, jeśli żywie duch. W tych piosenkach słychać niezwykłą garażową energię. Jak wam się udało dotrwać z nią do 2011 roku? To tęsknota do odręcznie tworzonej sztuki. Radość wykorzystania tego, co wnoszą ze sobą same instrumenty, rytmy i off beat nie na raz, po wsiowemu, lecz na dwa. Nie staramy się być galanteryjni w formie, poprawniutcy, chcemy wyrazić to szybkim rysunkiem, nawet rysowanym drżącą ręką, ale prawdziwą, ludzką. Widziałem taki szkic Marka Maciejewskiego, odgrzebany przez Mariana Gołogórskiego, gdzieś na podłodze jego pracowni - na kawałku byle jakiego papieru, brudnym pędzlem namalowany bukiet. Na pozór ubogi szkic, ale dzieło sztuki. Jak się ten kawałek papieru zestawi z idealnym komputerowym wydrukiem, to jakościowo ten wydruk wygrywa, świeci na kolorowo, jest wyraźny, stworzony równą kreseczką. Tylko, że ten brudny szkic jest dziełem sztuki, a wydruk to po prostu atrapa. Ludzie są uwiedzieni atrapami, a my nie chcemy maszynowego produktu, nie chcemy, żeby czuło się w tym doskonałość grania maszynki, doskonałość doprowadzoną obecnie do niewyobrażalnego poziomu. Chcieliśmy powrócić do takiego ludzkiego działania, spontanicznego, trochę nadwrażliwego, jakby poddanego silnej emocji. Myślę, że ludzie zatęsknią do autentyku, do prawdziwego rysunku, do prawdziwej granej ręcznie muzyki. Wie pan, mnie w ogóle zainspirował do miłości do rocka utwór "Good Times Bad Times" The Rolling Stones, taki niezborny, rozłażący się blues, gdzie wrażliwość muzyków cały czas poszukuje najwłaściwszych środków wyrazu, gdzie nic rutynowo nie sunie do przodu, do happy endu, gdzie w materii utworu wyryty jest ślad wątpliwości i ich przezwyciężania. W tym graniu było coś ujmująco i czarownie prawdziwego. Teraz żyjemy w czasach manieryzmu. Dokonano wielu wynalazków, odkryto formy, zwerbalizowano wiele odczuć, intuicji i my teraz kompilujemy je bez pytania w bardzo rozbudowane konstrukcje, nie weryfikując elementów, nie sięgając do ich istoty. Jeśli chcemy grać rocka, to musimy dokładnie wiedzieć, którą jego odmianę i od razu możemy się poinstruować, jak się to gra. Już się o to nie martwimy, bo wiemy jak osiągnąć profesjonalny, nienaganny rockowy efekt i teraz zastanawiamy się jak upchać coraz więcej takich utworków na jak najmniejszy gwizdek, i jak to zrobić, żeby wszystkie te utworki odtwarzały się naraz. Chyba zbliżamy się do jakiejś ściany. Na zdrowie, ale ktoś tu może powiedzieć, że król jest nagi. Muzyka rockowa od zawsze była muzyką buntu. A to domena głównie młodych. Czy pan się przeciwko czemuś jeszcze buntuje? Bunt może być prowadzony w dwóch kierunkach - może stać się kreacją, która jest wynikiem jakiegoś krytycyzmu wobec zastanej sytuacji, ale może istnieć jako negacja i dekonstrukcja. I ten bunt, którego ja byłem fanem w młodości był kreujący. Budowaliśmy nowy świat. A przynajmniej próbowaliśmy, bo za mało cegieł postawiliśmy, żeby mówić o budowaniu, ale to był celowo obrany przez nas kierunek. A co do buntu negatywnego, to wydaje mi się, że teraz tyle jest negatywów, że już nie warto nawet tego publicznie ruszać. Świat poszedł w kiepską stronę – naczelną ideologią współczesnego świata stał się geszeft. I ciągnie za sobą tandetę i ją nadmuchuje. Interes, cały ten biznes – to jest chore. Wszystko jest do sprzedania i ma handlowe kryteria: miłość-biznes, seks-biznes, artyści-biznes, mieszkanie-biznes, studia-biznes, intelekt-biznes. Takie podejście to gwarancja kalectwa. Jeżeli coś nie jest robione dla idei, dla przeżycia, dla emocji, dla kształtowania samego siebie czy choćby dla empatii, a widzi się tylko biznes, to świat się wywraca do góry nogami. Myślę, że on wróci do równowagi, ale musi nabrać oddechu. Ktoś się pojawi, jakaś charyzmatyczna osobowość, która wróci cywilizowanego człowieka na normalny tor, że się będzie rozwijać i jego życie nie będzie biznes, tylko jego życie stanie się bardzo sensowną prywatną sprawą. fot. archiwum zespołu Za rok minie 50 lat od pierwszej edycji Festiwalu Młodych Talentów, którego był pan laureatem... Jednym z dziesięciu. Jak pan tam trafił? Gdy chodziłem do piątej klasy, mama zabrała mnie na koncert Czerwono-Czarnych w Teatrze Muzycznym w Gdyni. To był chyba rok 1961. I wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, jak na żywo grają rock’n’rolla. To było porażające! Pierwszy skład Czerwono-Czarnych grał bardzo ostre boogie. Za pianinem szalał charyzmatyczny Józek Krzeczek, dziś nie wyobrażam sobie glorii, w jakiej powinien w tym kraju chodzić, ale zmarł, chyba zanim go zauważono. Gdy wróciłem do domu, popłakałem się i już o niczym innym nie marzyłem niż o tym, żebym mógł samemu spróbować. Na początku lat 60. dobór utworków bigbeatowych z pożyczonych cudem płytek stwarzał sporą trudność. Trafiły się mi Paul Anka, Neil Sedaka i jeden rockandrollowy singel, z których półfonetycznie odgapiłem kilka piosenek i tak uzbrojony wystartowałem do Festiwalu Młodych Talentów w 1962 roku. I tu rzecz zupełnie niespodziewana – znalazłem ja się w finale, a niebawem w Złotej Dziesiątce. Wśród laureatów tamtej edycji byli Krzysztof Klenczon, Wojciech Gąssowski, Karin Stanek i Czesław Wydrzycki, który później stał się znany jako Czesław Niemen... Po festiwalu pojechaliśmy w trasę, a ja mieszkałem z Niemenem w jednym pokoju. Był to niesamowicie pracowity, sympatyczny i skromny człowiek. Oddany swojej pracy - ćwiczył, uprawiał sport, aby zachować formę. Cienia gwiazdorstwa! Boże, gdyby on to widział, co ja teraz widuję, że zanim ktoś w ogóle cokolwiek, już umie obnosić po wielkiej scenie swój wielki sukces i zniewalać pewnością swojego talentu! Co chciał pan tam osiągnąć? Przecież startując w takim przeglądzie ma się jakiś plan. Nic nie chciałem osiągnąć, chciałem po prostu zanurzyć się w rock’n’rollu. Show biznes próbował mnie wciągnąć, ale to były czasy, kiedy ustalono odgórne dyrektywy, że "polska młodzież śpiewa polskie piosenki". Ten biznes podlizywał się jak mógł, a nie był on w stanie zobaczyć czegoś autentycznego. Nawet Niemena namówiono do śpiewania "Nie bądź taki Bitels / Do fryzjera wybierz się" - żenujące numery. Wszystko temu show biznesowi kojarzyło się zarobkiem, wykorzystaniem tego, co popularne. Dla kilkunastoletniego dzieciaka, jakim pan wtedy był, musiało to być niesamowite przeżycie... Fantastyczne. Zwłaszcza dla dziecka, które pierwszy raz się z tym zetknęło. Na nieszczęście namówili mnie, żebym zaśpiewał polską piosenkę. Przerobiłem "Prząśniczki" Moniuszki. Coś idiotycznego po prostu, bo to archaiczny XIX-wieczny tekst, nie pasujący do rock’n’rollowego rytmu. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że robię rzecz śmieszną i żałosną, ale podobało się i dostałem aplauz. Do dziś, jak to gdzieś wyciągają ze zmurszałej szafy i puszczają w telewizji, to się wstydzę. Dziecko jest jednak głupie, można mu wszystko wmówić. Ale podczas tej trasy uświadomiłem sobie inną bardzo ważną rzecz - świadomość zespołu za plecami. Wtedy zrozumiałem, że zespół jako jedność kilku osób jest potęgą. fot. archiwum zespołu Dziś najpopularniejszymi programami telewizyjnymi stały się widowiska typu "X-Factor", "Bitwa na głosy" czy "Must Be The Music". Czy widzi pan podobieństwo między nimi a Festiwalem Młodych Talentów czy to zupełnie coś innego? Podejrzewam, że to zupełnie coś innego. Obrzędowość tych wczesnych, jakże ubogich imprez, polegała na istotności muzyki. Te wczesne, rockandrollowe utworki były komunikantami między zespołem a widownią. Ludzie przyjmowali komunię rock and rolla, cali podnieceni i szczęśliwi, że przychodzi do nich ich muzyka. Nie oczekiwali gwiazd, ani blichtru, ni wystawy, łaknęli swojej muzyki, tych niewielu utworków, od których cały ten ruch się zaczynał. W obecnych, kosmicznie rozbudowanych atrakcjami imprezach, o żadne utworki już nie chodzi, jeno o gwiazdy, kult gwiazdorstwa, o pławienie się w igrzysku Rozrywki. Nie chcę nikogo z uczestników urazić, bo wielu ludzi ma niewątpliwie talent, ale to też nie o ich talent chodzi, lecz o nadętą wydmuchę Rozrywki,  pustą w środku, bez treści. Wydmuchę, która śmieszy, tumani, przestrasza i oszałamia rozmachem, szmalem, piórami i baletami. Uważam, że to głupie i nic nie wnoszące pożywnego dla duszy, ale to moje prywatne zdanie… Rozumiem, że to Zdrój Jana spełnił pana marzenie o zespole. Tak. Zjawisko tej jedności kilku osób w imię wspólnej sprawy w rock’n’rollu znakomicie się potwierdziło. To fantastyczne nie tylko ze względów muzycznych, ale i ideowych. Praca ludzi, którzy się doskonale wyczuwają, rozumieją, którzy mają pozazmysłową komunikację telepatyczną. Niesamowite! Czytałem w książce Billa Wymana o Stonesach, że on z Charliem Wattsem potrafili w tym samym momencie, bez patrzenia na siebie, bez jakiejkolwiek komunikacji, zmieniać akcenty czy charakter grania. Udało nam się to zrealizować w Zdroju Jana. To nie były przypadkowe typy, zebrane w imię zarobienia pieniędzy, tylko każdy był równej miary współtwórcą tego, co robiliśmy i nasza jedność była zwycięstwem nad osobnością ludzi. To było kapitalne. Myśmy byli dzięki muzyce tak bliscy, że mogliśmy bez patrzenia na siebie zmieniać akcenty czy tempo. fot. archiwum zespołu Mówił pan mi kiedyś, że na początku Zdrój Jana był tylko przygodą. Dopiero po latach pisząc swoje CV określił go pan "najważniejszą rzeczą w życiu". A przecież więcej czasu spędził pan tworząc scenografię teatralną, pracując m.in. z Kazimierzem Dejmkiem przy słynnej inscenizacji "Hamleta". Otóż muszę sprostować, może mówiłem to w odniesieniu do Czerwono-Czarnych, bo Zdrój był ukartowanym i bardzo poważnym planem na życie, a jak ono ten plan zweryfikowało, to inna sprawa. Powtórzę raz jeszcze, że ten zespół miał być antidotum na samotność wszelkiego solisty i jednak coś z tego się powiodło. Co zaś do teatru, to kiedy wybrałem studia na ASP, a później specjalizację – scenografię, teatr był w bardzo dobrej kondycji. Miał dwa spore atuty – swą nowoczesną postać, fascynującą świeżym stosunkiem do formy, czy racjonalizmem w traktowaniu spraw uniwersalnych, a drugi atut – to sprawa, jakiej służył z przekonaniem, tzn. przechowanie wartości i świadomości narodowej, poprzez realizację dramatu romantycznego, jak i współczesnego polskiego, co wówczas było atrakcyjne i potrzebne zarówno twórcom, jak i ich widowni. Ale mimo tych wszystkich plusów, w teatrze byłem raczej "solistą" i nie chcąc narzekać, uważam, że zespolik typu dawnego Zdroju stwarzał więź nieporównywalną z innymi okolicznościami pracy wśród innych artystów. Marzyłem o tym, żeby wrócić do zespołu. Dowodem na to jest ta płyta. I znowu jesteśmy razem, z wyjątkiem Jurka Wójcika, który mimo, że był chory na cukrzycę, robił wspaniałe rzeczy – miał czarny pas w karate, był łącznikiem między klubami karate na świecie i w Polsce, pisał, tłumaczył, grał na pięciostrunowym banjo muzykę amerykańską. To jego piosenka "Blow Blow" kończy "cd". fot. archiwum zespołu Zdrój Jana ma status zespołu kultowego. Czy zastanawiał się pan, dlaczego? Myślę, że dzięki bezkompromisowości, dzięki udziałowi całej duszy każdego z nas w koncercie, dzięki jakiemuś entuzjazmowi w tym graniu. Przy występach Zdroju nigdy nie czułem tremy, żadnego hamulca, samą radochę, a wszędzie indziej mam charakter tremiarza! Dzięki jakiejś lekkości, jakiemuś esprit tych koncertów-programów. Ciekawe - ciężka, agresywna muzyka owiana lekkością i nonsensem... Nie było mizdrzenia się do widowni, ani żadnego udawania, było to autentyczne, merytoryczne. Była opowieść i muzyka, my tylko temu służyliśmy. Wśród fanów był Andrzej Wajda... Pojawił się  uprzejmie. ...Piotr Skrzynecki, a po latach okazało się, że też Kora, Marek Piekarczyk i Marcin Świetlicki. Bardzo fajnie wypowiadali się w "Historii Polskiego Rocka". Aż nie do wiary, że zapamiętali to wszystko. My wtedy staliśmy się taką komuną umysłową i artystyczną. Na czym polegała ta wspólnotowość umysłowa Zdroju Jana? Byliśmy na ogół inteligentnymi ludźmi, którzy przeczytali kilka książek, zrobili parę zadań artystycznych i mieli coś do powiedzenia. Między nami występowała wymiana myśli, spostrzeżeń, wniosków wyciąganych ze swojego życia, czy ze wspólnej działalności. Każdy z nas inspirował pozostałych. To nie był tylko zespół ludzi, którzy umieją grać, ale ludzi, którzy w duszy są artystami, patrzą wrażliwie na świat i na swój rachunek wyciągają wnioski. Każdy miał dla innych ofertę intelektualną, jakąś ofertę wrażliwości. fot. archiwum zespołu Na wasze koncerty waliły tłumy... Klub "Pod Ręką" był niewielki, ale zawsze pełny. Zdrój Jana wprzągł w swoje widowisko wszelkie możliwe i dostępne wówczas środki: scenografię, światła, kostiumy, nawet wstawki filmowe się pojawiały. Oczywiście wszystkie te atrakcje miały jedynie słuszny tam, siermiężny i samodziałowy charakter. Wszystko robiliśmy sami, nawet skrzynie głośnikowe i wzmacniacze. I oprócz tego przerobiliśmy we własnym zakresie to i owo w instrumentach. Mieliśmy w swoim gronie człowieka, który prekursorskie rzeczy wyrabiał. Na przykład gitara miała wymienione wnętrzności i zamontowane przyciski, dzięki którym mogła grać różnymi kolorami światełek, jak i barwami. Ubieraliśmy białe kitle i rzucaliśmy na nie ultrafiolet, mieliśmy psychodeliczną, skonstruowaną własnymi rękami skrzynię ochrzczoną Ognisty Józek, z jakimiś potwornymi żarówami. I synchronizował je człowiek, a nie komputer. Nasze efekty były ostre i hand made, na granicy psychodelii i punka, że tak powiem. Bliżej punka niż psychodelii. W naszej muzyce występowało dużo elementów, które później zauważyłem w punku. Co takiego? To dość zabawne. Nasze granie od niemal początku grawitowało ku brzmieniu, które nieco później eksplorowali punkowcy. Tylko, że mieliśmy chyba różne motywacje. Oni grali tak, aby zaznaczyć swoją wywrotowość i protest, my zaś, by eksponować naszą radość grania rock and rolla, podzielić się ze słuchaczami tym, co wydawało nam się w tej muzyce najpiękniejsze: spontan, zadziorność, wykop i ryk, a wszystko razem z radości, nie z buntu. Ani nam się śniło prowokować i walczyć brzmieniem z czymś. Walczyliśmy o jak najostrzejszego rock and rolla, żeby wspólnie z naszymi widzami dać się ponieść i porwać, i w takim stanie wspólnie spędzić godzinę i pół. Naiwne? Ale prawdziwe. Oby kiedyś jeszcze tak się nam udało!
Autor: Leszek Gnoiński

T.Love Alternative i inne powroty zza grobu

fragmenty
Filip Łobodziński, Newsweek
26 kwietnia 2011 15:17
Legendarny Zdrój Jana wydał płytę po 40 latach od zawieszenia działalności. nieistniejące od 22 lat Pancerne Rowery podobnie. No i w trasę rusza zmartwychwstały T.Love Alternative.
Zmartwychwstał Zdrój Jana. Legenda polskiej muzycznej psychodelii lat 60. i 70. O tym zespole wszyscy mówili, ale niewielu było na jego koncercie i nikt nie widział płyty nagranej przez tę grupę. Bo też nigdy płyty nie nagrała. Jacek Kleyff właśnie po koncercie Zdroju Jana zdecydował, że chce śpiewać. Zdrój założony przez krakowskich studentów (głównie ASP) w 1966 roku, nazywany rockowym kabaretem, inspirował się hipisowską psychodelią. Jacek Ukleja, jego lider, śpiewający gitarzysta i wykształcony skrzypek, wspomina, że uformowały go żywiołowe koncerty Czerwono-Czarnych, utwory, które ćwiczył w szkole muzycznej, oraz nagrania Rolling Stonesów. Bracia Antoniszczakowie fascynowali się Kabaretem Starszych Panów. Julian tworzył tzw. plazmotwory (filmy animowane malowane ręcznie wprost na taśmie filmowej), młodszy Ryszard zaczął pisać purnonsensowe teksty, które doskonale zgrały się z rockowymi pomysłami Uklei. Zdrój Jana wkrótce wprowadził się do klubu Pod Ręką przy ul. Dzierżyńskiego (dziś Juliusza Lea), grał koncerty pełne surrealistycznej poezji, aluzji, decybeli i odlotowych efektów plastycznych. – Pytają nas dziś, czy cierpieliśmy przez komunę. Absurd, my tworzyliśmy własną rzeczywistość. To jakby pytać o chleb z kiełbasą kogoś, kto ma pod nosem ambrozję, do cholery! – wspomina Ukleja. Zespół odstawał od średniej krajowej, podobnie jak Czesław Niemen, Marek Grechuta czy Klan. O ile Grechucie i Niemenowi udało się wywalczyć własne pozycje, o tyle Zdrój przepadł, a żywot Klanu zakończył się na jednym dziele – operze rockowej „Mrowisko”.
...Za to płyta „Cd” Zdroju Jana brzmi profesjonalnie – odwołuje się do najlepszych tradycji klasycznego rocka, a zarazem nie trąci myszką. Muzyka była rejestrowana w ciągu kilku ostatnich lat, gdy tylko rozproszeni po świecie muzycy Zdroju zebrali się w studiu. – Próbowaliśmy w czasie, gdy Zdrój działał, ale akustycy w tamtych latach nie umieli sobie z tym poradzić, a po co zostawiać po sobie szmatławe pamiątki? Lepiej, żeby pozostał punkt odniesienia – wyjaśnia Jacek Ukleja. Jedyne nagranie starego Zdroju, które broni się brzmieniowo, to „Ballada o dziadku kolejofilu”, stanowiąca muzykę do animowanego filmu Ryszarda Antoniszczaka „Żegnaj, paro!” z 1974 roku, do obejrzenia w internecie. Gdy wzdycham, że Zdrój Jana, jak tyle innych wspaniałych zespołów, nie trafił w swój czas, Ukleja protestuje: – Zdrój Jana idealnie trafił w swój czas twórczego, artystowskiego rock and rolla. Nie chciałbym absolutnie trafiać w żaden inny czas. To PRL nie trafiła w nasz czas.

LAMPA kwiecień 2011

PRZEKÓJ

TERAZ ROCK